en blog

Twój nowy blog

Ooo jak dawno ja tu nic nie pisałem! To już była jesień? Niee, ostatni dzień lata. Hmmm a teraz niby jesień jest na półmetku, no ale nie jest to już ta złota polska jej część. Bowiem śniegiem i błotem obrodziło dookoła.

A mówiłem, że ten rok będzie przełomowy we wszystkim? No i jest. Właściwie to dla mnie mógłby się już skończyć. Wrażeniami z ostatnich miesięcy dałoby radę obdzielić całe dziesięciolecia.

Dwie nowe prace, zmiany radiowe, nowe mieszkanie no i zmiana stanu skupienia. O tym wszystkim już wspominałem i może jeszcze napiszę? Who knows…

Wczoraj po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego jak mocno internet oddziaływuje na nasze życie. Sieć globalna pozwala odnaleźć wiadomości, które tradycyjnymi metodami nie sposób zdobyć. No a do tego czas, czas, czas, ile go można zaoszczędzić? Tak czy inaczej wczoraj gruchnęła do mnie przez internet wiadomość, która zamknęła pewien, wcale nie mały rozdział mojego życia, a raczej pewien rozdział poszukiwań. Czasami nieprzyjemna wiadomość jest lepsza niż żadna – i chyba tak właśnie to sobie zakwalifikuje w ramach pocieszenia.

No ale show must go on.

Koncertowo też sporo się dzieje. 22.10 byłem na Fishu (WZ) – pierwszy raz w życiu bilet wygrałem w konkursie radiowym:) „Artysta Fish” (jak mawia Piotr Kaczkowski) ma wszystkie zalety jakie są niezbędne dla artysty scenicznego. Jest tak wysoki, że widać go z każdego miejsca, do tego otwarty – reagujący na zachowanie publiczności, umiejący sobie ją zjednać po kilku taktach muzyki. No i te jego wspomnienia – szczególnie te związane z „Żubrówką”. Muzycznie i nagłośnieniowo jak najbardziej perfekcyjnie.

Zresztą miałem ostatnio szczęście być też na innym dobrze „zrobionym” koncercie w „WZ”. 4.11 grała Apocaliptica. Miałem trochę opory przed pójściem na ten koncert, powodowane niesłusznym, jak się okazało przeświadczeniem, że taka – wiolonczelinowa – muzyka może dobrze brzmieć tylko z płyt. Było bardzo dobrze, a niemieccy akustycy bardzo dobrze poradzili sobie z dźwiękiem. No i wreszcie zobaczyłem w „WZ” dobre efekty świetlne. Aha…obsuwa na początku spowodowana bardzo wolnym wpuszczaniem publiczności do klubu – zupełnie niepotrzebna. Nie po raz pierwszy to się zdarzyło w „WZ” i pewnie nie po raz ostatni. Nie wiem, czemu mają służyć tak długie „odprawy” publiczności na bramce.

A w międzyczasie wybrałem się jeszcze na koncert Myslovitz, Kultu i innych artystów w Hali Orbita. Występy tych „innych” artystów niekoniecznie miałem ochotę podziwiać, więc zanotowałem planowe spóźnienie. A skoro już o nagłośnieniu dziś pisałem, to dorzucę jeszcze moje wrażenie z Orbity. Słabiutko, momentami było nawet źle. Pamiętam, że kiedyś projektowałem nagłośnienie dla podobnego obiektu i wiem, że jest to sprawa niełatwa, no ale organizatorzy też to powinni wiedzieć. Ale tym razem zapomnieli też o tym, że te dwa zespoły zawsze przyciągają tłumy na koncerty. Było więc też ciasno i ciężko z powrotem do centrum miasta. Koncert skończył się grubo po 23. Muzycznie ok. Myslovitz zagrał po raz ostatni we Wrocławiu przed planowaną roczną przerwą w działalności zespołu, a Kult – umieścił w programie koncertu chyba wszystkie te utwory, które publiczność chciała usłyszeć. I ja też.

Ale rok się nie kończy. Przede mną Hey, Artrosis, Closterkeller. To na pewno. A przed 11 lutym 2008 jeszcze na pewno coś się koncertowo wydarzy.

No tak lato 2007 odeszło. Ostatni dzień lata w biegu, jak całe wakacje. Ale nie będę narzekał, bo to lato było moim najlepszym pod każdym względem. Wreszcie miałem tyle pracy w radiu, ile zawsze potrzebowałem. Wypełniona każda wolna chwila. Tylko czasu na urlop zabrakło i teraz nieco jestem przemęczony. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego…

Wakacyjny bilans radiowy zamykam na plusie. To znaczy, że ilość głosów sympatii w stosunku do głosów, do głosów dezaprobaty była większa. Chociaż początki trudne, pełne błędów, wstydu i nerwów, to jednak teraz czuje się już wystarczająco swobodnie, by radzić sobie o każdej porze dnia. Zdobyłem ostatnie brakujące mi odznaki w radiowej karierze – dja, prezentera.

A prywatnie też się dużo zmieniło. Gonitwa za własnym „M”, zmiana stanu nieważkości, czy tez – jak inni wolą – stanu skupienia. O tym jednak nie będę pisał, bo to nie jest tylko mój indywidualny świat.

Tak czy inaczej, jest jesień. Nie ma to-tamto, w końcu muszę się wybrać w góry, najpiękniejsze o tej porze roku. 2 tygodnie urlopu od wszystkiego. Zobaczymy, gdzie mnie rzuci, bo wszystko zmieniania się tak szybko…

Dziś jeszcze na pożegnanie lata pogram sobie piosenki idealne na ten moment. Będzie Aha, The Cure, Lenny Valentino… a potem zwyczajnie na kilka chwil przyjdą deszczowe dni i nagle skończy się to wszystko w co wierzysz, co kochasz zasypie śnieg…

28 lipca. Zagrałem „I’ll find my way home” Jona&Vangelisa. Od razu rozdzwoniły się telefony z pytaniami “a co to za utwór? kto go śpiewa?”.

29 lipca. 19:50. Powtórzyłem „I’ll find my way home” i opatrzyłem komentarzem z takim mniej-więcej zakończeniem, że „utwór ten był niezwykle popularny w naszym kraju w 1982 roku. Tak popularnym, że znalazł się na pierwszym miejscu pierwszego notowania Listy Przebojów Pana Marka Niedźwieckiego.” No właśnie, nie lubię tego stwierdzenia, wolałem zawsze jakoś określenie „Lista Przebojów Programu Trzeciego”. No ale kilka godzin później okazało się, że „Ta Lista’ pozostanie na zawsze Listą Pana Marka.

Rano w poniedziałek gruchnęła wiadomość, której spodziewaliśmy się, ale która nas zaskoczyła mimo wszystko. Pan Marek zdecydował się wreszcie odejść z Radia Publicznego. Zakończył się pewien rozdział, także w moim życiu, jako słuchacza jego audycji, fana jego osobowości radiowej i nieudolnego ucznia.

Jak bardzo brakuje Niedźwiedzia w Podczas Listy – było słychać podczas każdej z jego nieobecności. Podobnie było i w tym przedziwnym notowaniu nr 1331, w piątek 2007.08.03, pierwszego bez Pana Marka w Trójce…

No cóż, teraz pozostaje czekać na kolejne audycje Pana Marka, ale już w zupełnie innym radiu…

Pierwszy wakacyjny miesiąc w przeważającej większości spędziłem w pracy. Pracuję coraz więcej i dłużej. Czy jest gdzieś granica?

Gorzej, że nie chodzi wcale o kasę, bo moja druga praca, to przyjemność, płatne hobby. Rzecz, z której na razie nie chcę rezygnować. Tylko, byle sił wystarczyło.

15 lipca zdobyłem wreszcie ostatnią chyba brakującą mi w kolekcji „sprawność” radiową. Samodzielnie poprowadziłem na żwyo sześciogodzinne pasmo. Zaczęło się od Plainsong – The Cure. A potem poszło już szybko, bardzo szybko. Kolejne 6 godzin i kolejne…

22 lipca Brno. Koncert Rolling Stones. Wrazenie niesamowite. Z wielu powodów. Muzycznie – bardzo dobrze, artystycznie – rewelacja (chciałbym za 10 lat mieć w sobie tyle energii, co ponad 60-cio letni Panowie z RS w chwiliobecnej), organizacyjnie – ciekawie (tylko troche dziwne jest to, że aby kupić piwo i kielbaske, trzeba najpierw odstać swoje w koljce do butki z żetonami). Czesi inaczej „przeżywają” koncert, prawie nikt nie skacze, a nasze entuzjastyczne reakcje na wydarzenia na scenie obserwowali ze strachem i zdziwnieniem. Do tego stopnia, że nawet fotoreporterzy ż czeskich gazet uwieczniali je na zdjęciach:)

Nie pojechałbym pewnie na ten koncert, gdyby nie Daria, wielka fanka dużych imprez koncertowych. Sama Stonsów widziala po raz trzeci, chociaż jest ode mnie kilka lat młodsza:) Po koncercie była jeszcze przygoda z kolgę, który się zgubił, lecz po 3 godzinach odnalazł, szybki bus do Wrocławia i 6 było po wszystkim. Po 8 już byłem w pracy…

Lipiec tego roku był chyba nieco mniej upalny, niż się tego spodziewano. Bardzo ciepłe dni przeplatane były deszczowymi, a kilka razy nawet chłodnymi. I całe szczęście, bo bez klimatyzacji na prawdę trudno się pracuje.

Rok temu zmieniłałem pracę na obecną. Moja przedostatnia firma miała być tą najważniejszą w życiu – okazała się totalnym niewypałem. Kilka lat starałem się o to, by uzyskać w niej zatrudnienie, a gdy to się stało faktem, po kilku dniach odczułem, że mam do czynienia z niezbyt uczciwym towarzystwem.. wzajemnej z resztą adoracji. Dobrze, że to trwało tylko miesiąc.

Lipiec, to kolejny miesiac bez wyjazdu w gory. W sierpniu może być podobnie, ale zaraz zaraz, właśnie znalazłem 1 dzień wolny w grafiku. O! Tym razem góry mi nie uciekną…

Nastał czerwiec. Upałów dostatek. Lody bardzo smaczne tego roku i w niektóre dni niezbędne. Truskawki może nieco drobne, ale i tak już użyłem.

W wersji z bitą śmietaną, z budyniem, kisielem, galaretką, miksowane, w pierogach i solo. Najlepsze oczywiście te domowe, no ale ich nie ma na co dzień.

W właśnie, wykonałem ekspedycję w rodzinne strony. Udało mi się tak zaplanować długi czerwcowy weekend tego roku, że zdążyłem na spotkanie maturalne, z kolegami po latach. W kwestii frekwencji było tak troszkę średniawo, za to organziacyjno-kulinarnie – wyśmienicie. No ale gdy jeden z kolegów jest szefem restauracji w motelu, to inaczej być nie mogło:)

Spotkanie szybko przeminęło, trochę wspomnień, pamiątkowych fotek… nikogo nie ubyło, wręcz przeciwnie – moi koledzy jakby zgodnie się powiększyli. A prawie wszyscy marudzą, że źle w tym naszym kraju…hehe. Ciekawe, co będzie i czy będzie za 10 lat?

Końcówka maja i początek czerwca to mnóstwo pracy radiowej, kilka wydarzeń w terenie, koncerty itp. Wrocław burzył Poltegor i wspominał X rocznicę pobytu Papieża Polaka w mieście.

Więcej więc pracowałem niż odpoczywałem, ale z drugiej strony dzięki wielu okolicznościowym wydarzeniom podreperowałem budżet domowy:) I całe szczęście, bo wydatki i to nie małe nadchodzą nieuchronnie.

Aha.. jeszcze w kwestii formalnej. Telefon ze Stolicy nie zadzwonił, za to przyszedł meil. Tym razem zasada „do trzech razy sztuka” się nie sprawdziła. Czwartego razu już nie będzie. A więc zanosi ie. na to, że kolejny rok „podpiszę kontrakt” na pobyt we Wrocławiu.

No właśnie. Pozostało 6 dni, nie licząc soboty i niedzieli do końca maja. A to oznacza 6 dni, w których może zadzwonić telefon i wyświetlić się numer, na który czekam.

Sam już nie wiem, czy chcę by zadzwonił, czy nie. Jeśli zadzwoni – będzie kłopot, nie zadzwoni – będzie niepewność. Tak czy siak, to i tak będzie 3 lata za późno. A może jednak się uda? Wszak to przedostatnia szansa, żeby zaistniec w Wielkim Świecie.

Tą ostatnią ciągle jeszcze mam przed sobą…

Była taka. 16/17 czerwca. Całkiem sypatycznie. Troszkę zwiedziłem i się doedukowałem. Dobrze, że takie noce bywają, bo normalnie nie skierowąłbym swych kroków w pewne miejsca. Tym razem zaliczyłem Arsenał i Ratusz.

I znowu okazało się zupełnie przypadkiem, że kogoś spotykam niespodziewanie i ktoś inny mnie skądś zna…

Aha.. miałem pozdrowić wszystkich, którzy właśnie z przerażeniem zauwazyli, że bloguję sobie. To też czynię!

W tym roku obrodzilo koncertami juwenaliowymi jak nigdy. Nigdy nie ubolewałem z powodu braku porozumienia pomiędzy wrocławskimi uczelnianimi w kwestii organizacji wspólnych juwenaliów. Im wieksze podziąły tym więcej imprez i koncertów. Zawsze tak to sobie tłumaczyłem. Wprawdzie i do Wrocławia dotarła zasada płacenia za wstęp na koncerty, ale póki nie są to zbyt wielkie kwoty, można sobie z tym jakoś poradzić.

A muzycznie? Muzycznie wylosowałem dzień przedostatni. Z Pogodno, Oddzialem Zamkniętym, Kazikiem i Buldogiem oraz Pidżamą Porno. Dużo błota, dużo hałasu i w sumie kilka godzin dobrej zabawy. Poprzednio marudziłem, że kurz nie pozwalał dostrzec co dzieje sie na scenie ustawionej na polach Marsowych, teraz – kilkudniowe opady deszczu spowodowały powstanie tu i ówdzie sporych kałuż i atmosfery woodstokwoej, ktora udzieliła się zresztą ludzkości:)

Muzycznie – Pogodno nie słyszałem i nie widziałem tym razem. Oddział jak najbardziej na plus. Siłą zdjęty z sceny. Takie polskie Bon Jovi po latach:) Kazik z Buldogiem ok. nic dodać nic ująć, tak jak się spodziewałem. A Pidżama? To już chyba kiedyś pisałem. W sezonie 2006/2007 to zespół, który jest w stanie porwać największa publiczność. Chociaż w mediach nie istnieje tak mocno jak inni, to jednak koncertowo – extrakalasa. Szkoda, że tylko, że tak późno odkryłem pidżame… No i chwala Grabarzowi, że nie dał się ściągnąć ze sceny byle-organizatorom o tradycyjnej wrocławskiej dwudziestejdrugiejtrzydzieści – godzinie ciszy nocnej.

Odpocząłem. Ale tylko dlatego, że nigdzie nie wyjechałem, nie licząc 1 dnia w Karkonoszach. Skoro wszyscy krzyczeli, że gdzieś wyjeżdzają – to ja postanowiłem zostać w mieście. I wybór był słuszny. Odespałem zaległości, przygotowałem kilka tekstów i dźwięków na przyszłość, ot to co lubię:) Do tego spodziewana niespodziewana przelotna wizyta gości z Niemiec i Francji. I już poniedziałek… Tylko kolana mnie jakoś bolą po tych górach. Aż strach pomyśleć, co by było gdybym pojechał na dłużej:)


  • RSS